Bo w Krakowie - pełna kultura.
niedziela, 25 kwietnia 2010

Dżem dobry. Przepraszam za moją długotrwałą nieobecność.

Tym razem obiecuje skrzętnie notować, co się dzieje, gdzie byłam, co widziałam, co polecam a co  uważam za zbyt liche aby choć o tym pisać.

wtorek, 02 czerwca 2009

12-22 czerwca. Myślę, że to projekt, z którym wartoby się zaprzyjaźnić ;).

 

 

Więcej informacji: tutaj

Już 3 dni trwa 49. Krakowski Festiwal Filmowy, a ja nie byłam na żadnym pokazie... Może Mikro moje ulubione? Dziś Konkurs Pełnometrażowych Dokumentów, i film Echo, gdzie jedną z ról gra mój znajomy. Zobaczymy...

 

 

Więcej: tutaj

Kalkerk

autor: Thomas Bernhard
adaptacja, reżyseria i scenografia: Krystian Lupa / Scena Kameralna 

tytuł orygin. - Das Kalkwerk
przekład: Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak
muzyka: Jacek Ostaszewski

obsada:
Konrad – Andrzej Hudziak
Konradowa – Małgorzata Hajewska-Krzysztofik
Radca Baurat – Zbigniew Kosowski
Fro/Profesor – Piotr Skiba (gościnnie)
Höller – Bolesław Brzozowski
Dyrektor Banku – Paweł Miśkiewicz (gościnnie)
Moritz – Paweł Kruszelnicki
Karl – Krzysztof Głuchowski (gościnnie)

Cena: 27 zł

 

 

Dnia 31. maja miałam przyjemność obcowania z Kalkwerkiem Krystiana Lupy. Co prawda, nie byłam zbyt przygotowana, nie przeczytalam o tym spektaklu nic - miałam jedynie styczność z wypowiedziami mojego znajomego Radomira, aktora - amatora, który o Lupie wypowiadal się w samym superlatywach. Gdy pewnego dnia zaproponował mi wspólne wyjście do teatru, nie zastanawiałam sie długo - kazałam mu rezerwować bilety. W międzyczasie dowiedziałam się jeszcze, że owa sztuka bedzie 31 maja wystawiana ostatni raz, że Lupa jest najlepszym środkowoueropejskiem reżyserem teatralnym, że nie znać jego spektakli to grzech.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Od rana byłam mocno podekscytowana - niestety bardzo rzadko chodzę do teatru, ostatni raz byłam bodajże na jesieni? Był to spektakl "Klinika prywatna" w Teatrze Ludowym (mało zabawna farsa, niepokojąco podobna do osławionego "Mayday"). Przed budynkiem Sceny Kameralnej prawdziwe tłumy, większość to ubrani z finezją, młodzi ludzie. Część zapewne chciała się wylansować, część, jak zauwazył Radomir, byli studentami krakowskiej PWST. Niby artystyczna bohema, ale większość to zapewne ludzie chcący aspirować do bycia uznawanymi za artystów ;)

Sztuka była bardzo specyficzna, naprawdę przegadana. Niekontrolowany słowotok, erupcje myśli głownego bohatera fascynowały, a jednocześnie przytłaczały swym ciężarem. Osią spektaklu był problem głownego bohatera, związany z niemożnoscią przelania na papier swych myśli na temat Studium o słuchu. Owe studium zajmowało go do tego stopnia, iż zaniedbywał żone, popadł w długi, w końcu doprowadziło go do tragedii. Studium było upiorem jego mózgu, wciąż oddawał się rozmyślaniu na ten temat, oczekując odpowiedniej, najbardziej perfekcyjnej chwili do spisania go. Niestety, ta chwila nigdy nie nadeszła, choć łudził się, że to wszystko, ta niemożność, to sprawka ludzi - wszysctkich tych, którzy z wielkim uporem przeszkadzali mu w pracy, zaburzali cykl rozmyślan. Temat "zbiegłej weny" bardzo często jest wykorzystywany w tego typu formie, ale propozycja Lupy szczególnie przypadła mi do gustu. Spektakl pełen jest urojonych wizji, ekspresji, wrzasków potęgujących poczucie, że oczekiwanie na dogodną chwilę jest bliskie bezsensowi. Konrad, głowny bohater, poświęcił całe swoje życie Studium - podporządkował mu rytm dnia, sposób postrzegania. Jedynym jego marzeniem było przelać swe myśli, wyrzucić to z siebie. Niestety, nie udało mu się. Być może z poczucia niespełnienia zamordował swoją żonę.

Praca nad studium opierała się na "ćwiczeniach metodą Urbantschitscha" - Konrad eksperymentował w tym zakresie na swojej kalekiej żonie. Praca trwała nieprzerwanie czasem nawet cały dzień. "Recytował jej, żonie, liczne zdania z krótkim I, przykładowo "Im Inviertel habe ich nichts", sto razy powoli, sto razy szybko, tak szybko, jak tylko możliwe, skandując. Przerywa, natychmiast domaga się opisu oddziaływania wyrecytowanych zdań na jej słuch oraz na jej mózg". Konrad eksperymentuje też z krótkim "O", "A", "U", ze spółgłoskami, ze słowami na "St" i "Tz", ze zdaniami krótkimi i długimi. "Na słowie - Rinnsal - eksperymentował z nią dziesięć lat". Eksperymenty te nosiły znamiona sadyzmu, chociaż polegay jedynie na recytacjach. Konrad był wielkim egoistą, zmuszał żonę do ćwiczeń, ale mimo wszystko był wobec niej bardzo czułym i dobrym opiekunem - spełniał jej wszystkie zachcianki i kaprysy, ale i nierzadko groził jej, powodując u niej poczucie niepewnosci i lęku.

Spektakl był dość łatwy w odbiorze, szczególnie sceny - dialogi między małżonkami, przesycone cierpką ironią, groteską i absurdem.  Podobała mi się gra aktorów, ich ekspresja, sposób kreowania postaci. Doskonałym dodatkiem była muzyka, która zdecydowanie wpływała na sposób odbierania. Spektakl zakończył się kilkunastominutowanym aplauzem "na stojąco", artysci pojawili się na zakończenie na scenie może 10 razy, wyszedł nawet sam reżyser.

Jestem bardzo zadowolona, że zobaczyłam ten spektakl. Przy okazji obudził się we mnie głód teatralny - być może wybiorę się na "Bliżej" w Teatrze Narodowym? Zobaczymy.

Oczywiscie, poleciłabym "Kalkwerka" wszystkim, ale, jak wiadomo, był to ostatni występ. Pozostaje czekać, że znów zostanie wyemitowany w programie TVP Kultura.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Ten blog, w zamierzeniu swym,  pełnić ma funkcję kulturalnego dziennika studentki krakowskiej, która pragnie podzielić się z Państwem doznaniami zaistniałymi pod wpływem uczestnictwa owej studentki w różnego rodzaju wydarzenia, imprezach, ba, kolokwialnie wręcz ujmując, eventach kulturalnych, niekoniecznie dziejących się na terenie Krakowa.

 

W obliczu nieposkromionego stylu wypowiadania się studentki, uprasza się Czytelników o cierpliwość graniczącą z wyrozumiałością, acz wszelka konstruktywna krytyka z ich strony jest wręcz wskazana. 

 

 

Pozdrawiam i zapraszam wszystkich złaknionych mojego punktu widzenia.